• Wpisów:7
  • Średnio co: 116 dni
  • Ostatni wpis:1 rok temu, 17:33
  • Licznik odwiedzin:1 276 / 932 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 
Nikt nie zauważa, że coś jest nie tak. Niczego nieświadomi obdarzają uśmiechem i myślą, że wyszłam na prostą. W sumie, każdy kiedyś wyjdzie na prostą. Prędzej, czy później... A czy wtedy skończy się moja udręka? Mój ból, moja misja? Zemsta się dokona, a oni będą mogli spoczywać w spokoju?
Doskwierała mi samotność. Wywalczyłam sobie niezależność, mimo tego, iż chciano mnie wepchnąć w objęcia dalszej rodziny. Nie chciałam tego. Ja miałam swój dom, w którym uparłam się zostać. Nawet, gdyby wyciągali mnie z niego siłą... Tylko tu czułam się bezpiecznie i dopóty tu byłam, Rakanoth nie raczył się pojawić. A wiem, że gdybym zmieniła miejsce zamieszkania, na tak zwanej "parapetówce" ten demon byłby pierwszy. By po raz kolejny napawać się tym, co ze mną zrobił. Ale role się zamienią, nie raz składałam mu taką przysięgę nim usnęłam, powróciwszy z łowów.
Nataniel był nieco ciężki, droga nie należała do najrówniejszych, mimo rozlicznych pisemek, jakie wysyłały do urzędu członkinie parafialnego kółka różańcowego. Och, nienawidziłam tego ich wzroku, niby współczującego, pełnego litości, a jednak wiedziałam, co mówiły za plecami.
"To wszystko za jej grzechy! Kto to widział...!"
No, a one to prawdziwy przykład świętej, pobożnej osóbki. One nadają na mnie, bo jestem inna ja zaś się z nich śmieję. Bo są takie same. Z tą myślą zmaterializowałam się z Natanielem na posesji, tuż przed drzwiami wejściowymi. W międzyczasie zastanawiałam się również, jak ja mu to wszystko wytłumaczę. I czy pośle w diabły, uznając za osobę co najmniej niezrównoważoną psychicznie. Po raz kolejny ktoś sprowadzi mnie na ziemię i pokaże, że dla całego świata jestem po prostu nikim...
Westchnęłam cichutko. Nie pierwszy raz przekonałam się, co potrafi moje metr sześćdziesiąt pięć. Zatrzasnęłam wręcz drzwi, klamkę usmarowałam krwią. Zaklnęłam soczyście. Będę miała tu trupa jak nic, tyle, że on nie wyparuje jak truchełko demona.
Zaczynam myśleć tak, jakbym była na łowach. Byłam zawiedziona swoją postawą, stosunkiem do innych. A w szczególności do Nataniela. Ile to razy drążył temat? Ile to razy dawał mi poczuć, że jest przy mnie? I zrozumiałam to dopiero teraz, kiedy stanęłam po raz kolejny przed obliczem Śmierci, co znów zawitała do mojego życia.
Idź precz, draniu. Nie dzisiaj, nie jutro.
Po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułam, co to znaczy kochać. Tak naprawdę.
 

 
Nie powinnam czuć strachu. Nie przed nimi, nigdy wobec nich. Jedyne, co powinnam odczuwać, to bezgraniczna nienawiść i chęć zemsty. Jednak wtedy? Kiedy weszłam do pokoju gospodarzy? Kiedy dwukolorowe oczy napotkały przywiązanego do nogi stoły Nataniela? Kiedy widziałam nachylającego się nad nim demona pod postacią Anioła Ciemności, co w łapie dzierżył topór, ubrudzony zaschniętą krwią niewinnych?
To był moment. Otoczyły mnie cienie, otoczyła zemsta. Sięgnęłam do plecaka. Dobrze wiedziałam, że przezorny zawsze ubezpieczony. Znałam zbyt dobrze naturę demonów - byle jak, byle gdzie, byleby nieść zniszczenie, byleby zadowolić swego pana. Rakanoth należał do swoistych "samotników". Od jakiegoś czasu słuch po nim zaginął, z czego byłam szczerze uradowana.
Z plecaka wyciągnęłam rewolwer. Oczy rozbłysły - jedno zielonym blaskiem, drugie zaś błękitnym.
- Zemsta. - syknęłam. Nie zadawałam sobie żadnego trudu, by poszukać tłumika. Nie był on teraz ważny. Ważniejsze było to, by uratować życie, jedno choć istnienie.
Strzał.
Słodki ryk konającego demona. Cielsko głucho rąbnęło o podłogę. Po chwili otoczyła je mgła - zielonkawobłękitna - i zwłoki znikły. To uwielbiałam w tej robocie, że nie było potem żadnych śladów. Wykrzywiłam usta w psychopatycznym wręcz uśmiechu. Prędzej czy później jednak ktoś się skapnie, że padł strzał. Ale czy z mojej ręki? Rozejrzałam się dyskretnie - może i nieco zawiedziona, że to tylko jeden demon, ale i z tego samego faktu uradowana. Że to tylko jeden potwór. Sprawnie wsunęłam rewolwer do plecaka. Odetchnęłam powoli.
- Ski...
Poczułam, jak z twarzy odpływa mi krew. Powoli odwróciłam się w stronę właściciela głosu - poturbowanego. Ledwie uniósł głowę, krwawiący z przeróżnych ran.
- Nataniel...! - pisnęłam przerażona. Nie minęła sekunda, kiedy wręcz przypadłam do niego i zaczęłam rozwiązywać sznur. Przesiąkał już krwią - w tej chwili do mnie dotarło, co mogłoby się stać, gdybym weszła tu chwilę później. Wyklinałabym siebie, że nie zadziałałam, że nie wyczułam obecności demona!
Lina puściła - chłopak mało nie poleciał przed siebie, ledwie zachowując pion. Nie wiedziałam za bardzo, co mam robić - wizyta u szkolnej pielęgniarki nie skończyłaby się najlepiej dla naszej dwójki... Nie było wyjścia, musiałam do zabrać stąd, najlepiej do siebie. Spacerem było stąd do domu dwadzieścia minut, ale jakbym pobawiła się nieco magią, biegiem byłoby minut pięć, a nawet mniej. Niespokojna, użyłam starej sztuczki łowców - niewidzialności. Inni widzieli niewyraźny dymek, a ja wszystko. Pomogłam wstać blondynowi - był nieco ciężki, sytuacji nie poprawiał fakt, że Nataniel utykał na lewą nogę, a ja byłam od niego nieco niższa. Nie było czasu tłumaczyć mu, co jak gdzie i z czym - chociaż, na razie jeszcze nie pytał. Pstryknęłam palcami - szata tajemnicy owiała nas oboje. Wyszliśmy powoli ze szkoły - może to potraktują jako ucieczkę, albo podpiszę sobie sama usprawiedliwienie, tak jak Kastiel. Nataniel coś wykombinuje - od tego jest. Uśmiechnęłam się do ledwie kontaktującego chłopaka.
 

 
Chwila nieuwagi. Tyle trzeba, by wszystko legło w gruzach. Za nieuwagę można przypłacić życiem, to powinien wiedzieć każdy. Nie trzeba zbyt wiele, by utracić raj, czyż nie? Ha! - ale czemu straciłam go ja? Może dlatego, że pokochałam demona? Że obdarzyłam do uczuciem, jakim jeszcze nikt nie odważył się go świadomie obdarować? A to, co mnie spotkało to pokuta, ku przestrodze innym. Inaczej nie umiem tego sobie wytłumaczyć. I teraz wmawiam to sobie po raz kolejny - niczym mantra to wybrzmiewa w mej głowie.
Nawet teraz, gdy stoję twarzą w twarz z kolejnym potworem, wywleczonym z serca samej Otchłani. Gotowa pociągnąć za spust...
- Skilena.
A więc to były tylko moje myśli? Moje wspomnienie, przywołane wraz z chwilą, kiedy duchem oddaliłam się od pomieszczenia znanego jako piwnica. Jednak powróciłam myślami do otaczającej mnie, ponurej rzeczywistości, którą tutaj, w tym miejscu zdaje się, że widzę ją jedynie ja. Podniosłam głowę - do oczu cisnęły się kosmyki czarnych włosów tworzące grzywkę. Włosy w kolorze kruczych piór przystrzyżone krótko przy karku, były nieco dłuższe przy twarzy, okalały ją, optycznie nieco ją wyszczuplając. W górę uniosłam dwukolorowe oczy - one coś symbolizowały. Moje dwie różne twarze. Raz byłam zwykłą dziewczyną, siedemnastolatką z heterochromią, zdawałoby się, radzącą sobie z nową sytuacją... ale czy to była prawda? Wieczorami, nocami zrzucałam tą nędzną powłokę, by stać się zabójcą - Posłańcem Zemsty, Mścicielką zwaną Hydra, z racji tego, jak w przeciągu ułamka sekundy zmieniałam twarz. Zabijam, a i owszem. Każdego demona na swej drodze. Sprawiedliwość jest ślepa, czyż nie?
- Kastiel. - mruknęłam. To było do przewidzenia, że prędzej czy później tu przywędruje, wystarczyło, by zachciało mu się fajka.
- A ty co, nie obściskujesz się po kątach z gospodynią? - zapytał z wrednym uśmieszkiem czerwonowłosy.
- A ty co, z interesem się na rozumy pozamieniał? - zapytałam. - Albo ruskie ci wypaliły resztki mózgu.
Wyminęłam gotującego się z wściekłości Kastiela. Uwielbiałam doprowadzać go do takiego stanu, tak, jak on mnie. Ogólnie, mieliśmy ze sobą dosyć dobre kontakty, dopóki...
Wzięłam plecak i wstałam spod schodków. Wyszłam z tej cholernej piwnicy. Zamknęłam drzwi. Znów miałam niezmierną ochotę wykrzyczeć, co leży mi na uszy, komuś się zwierzyć. Nie mogłam jednak. Nawet Natanielowi, który był moim chłopakiem jeszcze przed tym wszystkim, co miało miejsce kilka miesięcy temu. Wiedział o Rakanocie, że to mój były, ale nic więcej. Z Rakanoth'em nie miałam kontaktu od półtora roku. Albo mogłam wyjąć pistolet i strzelić sobie w pysk - jednak coś mnie wciąż tu trzyma. Jeżeli zginę, nie pomszczę rodziców i nie odnajdę tego potwora.
Skierowałam się w kierunku pokoju gospodarzy. Może był tam Nat, którego sama już obecność leczyła mnie na jakiś czas? Niechętnie zapukałam do drzwi. Nie usłyszałam nic - może znowu zdarzyło mu się przysnąć przy papierach? Czasem tak miał - nawał pracy, w domu też nie miał od jakiegoś czasu lekko. Niby wyprowadził się, niby się zmienił, jednak wciąż potrafił siedzieć przy tych papierzyskach od rana do nocy. I nacisnęłam klamkę.
 

 
Wystarczy. Tego żalu, tych wylanych nadaremnie łez. Już niczego nie zmienię. Nie powiem im, jak bardzo ich kocham.
Ale... czy po tym wszystkim ja wciąż umiem kochać - tak bezinteresownie? Teraz? Kiedy dał mi do zrozumienia, że jestem dla niego nikim? Że liczy się tylko ona - udręka, jaką się żywił? Zwiódł mnie, by zranić i zyskać więcej siły? Jakże mógł? Po tym, co ja dla niego zrobiłam? Jakim uczuciem, jakim bezgranicznym zaufaniem go obdarzyłam? Teraz trawi mnie płomień, którym się powoli sama staję - niosącym zniszczenie i śmierć żywiołem. Łowczynią, która kiedyś sama była zwierzyną Losu. A karma zawsze wraca. Zakrwawiony sztylet w mej dłoni. Idę po ciebie!... Boisz się? Nie?
Więc się lepiej zaczynaj bać. Bo nie spocznę, póki się nie zemszczę, Rakanocie. Bo już nie jestem tą niewinną istotą, którą pozostawiłeś samą sobie. Jestem teraz Posłańcem Zemsty, bestią upojoną rzezią. Zwiedziona niegdyś przed ciebie, Demonie. Cień dawnego uśmiechu, nim poznałam twe prawdziwe oblicze. Tej nocy, kiedy przyszedłeś po mnie, coś ci przeszkodziło. To byli moi rodzice. Więc wystarczyło ich zlikwidować, by w mojej duszy zapłonął płomień. Ale nie do końca ten, którego tak skrycie pragniesz. To ogień nienawiści, czyniący ze mnie Pomiot Mścicieli, który odział mnie w cień, bezgraniczny mrok i tajemnice. Ten, który w moje ręce włożył broń i kazał się mścić. Wepchnąłeś mnie wprost w objęcia Łowców - którzy pokazali mi, jak zabijać, jak posługiwać się mocą cieni, co znaczy pojęcie "zemsta". Nigdy niekończąca się batalia, w której nie liczy się wygrana. Jedynie marzenie, że zabicie jednego potwora uratuje choć marne istnienie.
Kim jestem? Jestem Hydra. Jestem tym, co zobaczysz ostatnie przed końcem swego żałosnego życia. A kiedy cię zniszczę? Dalej będę niosła zemstę. Ona nigdy się nie dokona - w każdym demonie widzę ciebie, zabójcę. Każdy demon nosi to samo znamię.
I nie ma już innej drogi. Nie dla mnie.